Marek Podstolski – ostatni spadkobierca

On 8 listopada 2012 by Bruno Schulz

 

Marek Podstolski, ostatni spadkobierca Brunona Schulza w rozmowie z Janem Bończą-Szabłowskim.

- Pana mama Ella Schulz – Podstolska była siostrzenicą Brunona Schulza, co Panu o nim opowiadała?

- Niewiele. Głównie anegdoty. Często podkreślała, że wujcio Brunio, bardzo cenił urodę kobiet. W niej samej trochę się podkochiwał, lubił się jej przyglądać, ale robił to zawsze bardzo dyskretnie.

- Powszechnie uważa się, że Schulz miał dziwny stosunek do kobiet. Wielbił je, a z drugiej strony trochę bał się tej miłości, czego przykładem zwiazek z wieloletnią narzeczoną Józefiną Szelińską, z którą w końcu zerwał zaręczyny.

- A moze było na odwrót? Mam wrażenie, ze Szelińska była kobietą dość kochliwą. Myślę, że to Schulz bardziej szalał za nią niż ona za nim.

- Podobno jednak z jego powodu dwukrotnie próbowała popełnić samobójstwo…

- Uważam, że to dość naciągana teza. Wysuwana przez Schulzoidów. Więcej w niej domysłów niż prawdy. Nigdzie nie ma czarno na białym, że te samobójstwa powodowane były odrzuceniem przez Schulza. Może stały za nimi sprawy uczuciowe, zdrowotne lub inne.

- Co jeszcze uważa pan za stereotypy, z którymi warto polemizować?

- Dotyczą stosunku Schulza do kobiet. Podkochiwał się w nich od wczesnej młodości i jestem przekonany, że nie był im całkowicie obojętny. Tymczasem najczęściej przedstawia się go jako wstydliwego, schorowanego i przestraszonego osobnika. Myślę, że jego zachowanie zależało od towarzystwa, w którym przebywał. W jednym czuł się lepiej, w drugim gorzej. Na pewno sprawiały mu dużą przyjemność wyjazdy do Lwowa do starszego brata. Nie tylko dlatego, że bardzo go kochał, ale i dlatego, że lubił przebywać w jego dużym, jasnym mieszkaniu. Tam odwiedzali go przyjaciele i wyciągali na spotkania. Drohobycz był zaściankiem i nie kwitło tam tak życie towarzyskie jak we Lwowie, czy Warszawie.

- Wszyscy podkreślają, ze bardzo przeżył śmierć najstarszego brata…

- Mama wspominała mi ten fakt. Po śmierci najstarszego brata Bruno, jako następny w kolejce, musiał przejąć opiekę nad rodziną. I był przerażony, bo zdawał sobie sprawę, że zupełnie się do tego nie nadawał. Był lubianym i cenionym nauczycielem, ale nie miał takich zdolności organizacyjnych i środków finansowych jak mój dziadek. Wobec wielu wyzwań czuł się wręcz bezradny.

- A jak Pan otwierał się na świat Schulza?

- Bardzo późno. W naszym domu w Zakopanem leżała jego „Xięga Bałwochwalcza”. Kiedy w 1963 roku wyjeżdzaliśmy z mamą do Anglii, ojciec został zmuszony ją sprzedać. Profesor Tadeusz Brzozowski poradził mu, że najlepszym miejscem będzie dla niej Muzeum Narodowe w Krakowie. Tam też trafiła. W mojej młodości Schulz był kimś tajemniczym i obcym. Miałem zupełnie inną wyobraźnię. Inny temperament. Wychowywałem się w Zakopanem. Jak większość chłopaków interesowałem się sportem, dziewczynami. W Zakopanem kultura kwitła, odbywało się wiele ważnych imprez, ale nie dla młodzieży. Schulzem zacząłem się interesować właściwie, kiedy byłem dorosły. Decydowały o tym względy rodzinne. Młody człowiek do takiej twórczości sam nie dochodzi. Musi mieć przewodników. Do tego trzeba dorosnąć. Potem, gdy zostałem jedynym spadkobiercą jego praw, zainteresowanie Schulzem stało się niemal powinnością.

- Śledzi Pan jego popularność zagranicą. Co Pana w tej popularności najbardziej zaskoczyło?

- Pamiętam, że przeżyłem szok, gdy dowiedziałem się, iż tłumaczony jest też na turecki. Turcy czytają Schulza. Jego utwory wyszły w Tajlandii, Indonezji. Kilka lat temu było wydanie chińskie na podstawie amerykańskiego tłumaczenia.

- Przekłady Schulza to wyjątkowo trudne zadanie…

- Z pewnością. Kilka razy zdarzyło się , że zanim wydałem zgodę na publikację, poprosiłem o konsultację zaprzyjażnionych tłumaczy. Czasami włosy stawały mi dęba, bo tłumaczenie zatrącało o pornografię, obfitowało w wulgaryzmy. A Schulz używał języka bardzo wyrafinowanego i nie było w nim ani wulgaryzmów, ani pornografii, choć to się zawsze dobrze sprzedawało. Schulz był jednak dla ludzi z wyobrażnią. Jego proza dawała do myśleni, nigdy nie było to kawa na ławę.

- Schulz stał się więc pana hobby?

- Tak, jak mój ojciec na pierwszym miejscu zawsze stawiałem sport. Nie osiągnąłem w tej dziedzinie światowych sukcesów, ale od wielu lat czynnie działam na rzecz popularyzacji golfa. Przez lata byłem prezesem zawodowych golfistów w Polsce. Zainteresowanie Schulzem wynikło, jak wspominałem, trochę z obowiązków rodzinnych. Ale też bardzo wspiera mnie w tym moja żona Ewa. Jest po studiach w Anglii i bardziej niż ja interesuje się kulturą i sztuką. Poznaliśmy się przed otwarciem wystawy Schulza w Londynie. Po wystawie wybraliśmy się na kawę i tak dzięki Schulzowi jesteśmy ze sobą już od 15 lat.

Dodaj komentarz